RSS
niedziela, 04 stycznia 2009
Instrukcja obsługi ptaków

 

Śniegu napadało naprawdę porządnie i jest coraz większy mróz. Postanowiłem więc nie zapomnieć o ptaszyskach i podkarmiać je. Zanim to jednak zrobiłem poszedłem do sąsiadki piętro niżej zapytać ją czy odpowiada jej spadająca na parapet jej okna ptasia kolacja.

 

Mądra kobieta udzieliła mi kilku rad, które przekazuję czytaczom mojego bloga. Tak więc - jak ptak zje kawałek starego ciasta z konserwantami albo spleśniały chleb, soloną lub wędzoną słoninę to mamy jak w banku, że pewnie się pochoruje albo z początkiem nowego roku nawet zakończy swój marny żywot. Ptakom podajemy nasiona zbóż i owoców, naturalny tłuszcz a nawet warzywa ale bez soli. To tak w dużym skrócie. Aha - usuwamy z parapetu kota, który będzie na nie polował i już. W ten oto prosty sposób stajemy się dobrymi ludźmi dbającymi o naszych leśnych przyjaciół :) Proste i przyjemne.

 

Ptaki, kiedy przyzwyczają się do dokarmiania i połapią się, że łatwo można u nas nawpychać się dobrego żarełka będą przylatywać także wtedy kiedy będą już w stanie samodzielnie zdobyć pokarm. Wtedy już ich nie dokarmiamy bo oduczą się naturalnych odruchów i staną się ptasimi leniuchami, egoistycznie wpadającymi do nas na posiłek.

 

Osobna działka wiedzy dotyczy łabędzi i kaczek. Jak nakarmimy łabędzia czy kaczkę chlebem to na pewno się pochoruje bo chleb wywołuje u nich choroby układu pokarmowego. Wtedy taki łabędź albo kaczka staje się słaby i może zamarznąć. Można dać im zboże albo warzywa – ale bez soli oczywiście. Warzywa trzeba drobno pokroić bo jak rzucimy łabędziowi czy kaczce wielką marchewę to tylko się jej przestraszy. No i nie zasypujemy ich toną żarcia tylko dajemy tyle ile mogą zjeść na bieżąco. Nadmiar jedzenia po zamarznięciu staje się dla łabędzi czy kaczek prawdziwą kulinarną pułapką.

 

Aha, przy okazji wizyty u sąsiadki dowiedziałem się, że największymi ptasimi twardzielami są kury. Nie wiem czy wszystkie kury ale czubatki potrafią siedzieć w kurniku przy minus 25 stopniach i spokojnie jeszcze kumać co się wokół nich dzieje. Podobno wśród kur najlepiej znoszą zimę rdzennie polskie rasy. Przebijają je jedynie kury pochodzenia rosyjskiego, które przy trzydziestostopniowych mrozach potrafią wyluzowane łazić po śniegu a zamiast w kurniku nocować na drzewie :)

Tak więc człowiek, przy wielu swoich zaletach, przy kurach okazuje się słabeuszem i łamagą :)

13:17, ekostudent
Link Komentarze (3) »
środa, 31 grudnia 2008
Tradycja całkiem nowa

 

Aż trudno w to uwierzyć ale w Polsce w XIX wieku zabawa sylwestrowa nie była wcale popularna. Bawili się nieliczni w bogatych mieszczańskich domach a cała zabawa wyglądała bardziej jak uczta wigilijna i w niczym nie przypominała tej współczesnej. Z tamtych czasów w mojej rodzinie przetrwał pewien przesąd żeby na Sylwestra jeść wszystko co okrągłe :) – bo zamyka się okrągły rok i jak się zje coś okrągłego to cały następny rok będzie udany. Ja dorzucę jeszcze do tego nowy zwyczaj – żeby nie rozrzucać po ulicach pustych butelek po szampanie i uszanować fakt, że nie wszyscy głośno się bawią aż do białego rana i są też tacy, co to lubią się wyspać niezależnie od dnia w roku. Niektórzy imprezowicze resztą Sylwestra zaczęli obchodzić już minionej nocy bo kilka razy budziły mnie wybuchy sztucznych ogni.

 

Niestety moi sąsiedzi, podobnie jak rok temu już teraz dosyć głośno szykują się do wyprawienia Sylwestra. Pamiętając to ekstremalne przeżycie, przezornie ewakuuję się do kolegi – tego, który oszczędza energię i nie używa elektryczności. Sąsiedzi nie oszczędzają na decybelach a ja chcąc nie chcąc będę spędzał tę noc ekologicznie oszczędzając elektryczność swoją i kolegi.

 

Zgodnie więc z najnowszą tradycją już rano zakupiłem „szampana” - za całe 4, 50 :). Wykwintny to on nie jest. Co więcej – na pewno nie jest szampanem. Ale ma bąbelki a to już jak na możliwości tego płynu i tak dużo Dbając jednak o najbliższą memu ciału ekologię czyli o samego siebie nie będę tego pił :) Wolę dobrą zabawę niż nieodwracalną utratę szarych komórek czego życzę wszystkim, którzy też będą dzisiaj witać Nowy Rok. :)

14:38, ekostudent
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 grudnia 2008
Wadliwy myszoskoczek

 

Kolega dostał pod choinkę myszoskoczka. Pomijam już fakt, że pomysł obdarowywania się zwierzątkami i traktowania ich jak przedmioty jest nieetyczny to jeszcze w tym przypadku pojawił się pewien niewygodny problem. Okazało się, że zwierzątko jest agresywne – wgryza się w rękę kiedy próbuje się je nakarmić. Dodatkowo jeszcze wyraźnie coś mu dolega. Nie wiem co ale zwierzak nie wygląda tak jak powinien. Kolega zaraz po Świętach pobiegł do sklepu reklamować prezent. Miał paragon i wszelkie papiery. Sprzedawca nie przyjął z powrotem „towaru” a ja od wczoraj zastanawiam się nad tym zdarzeniem.

 

Z punktu widzenia bioetyki na pewno zostały przekroczone pewne granice. Z punktu widzenia przyzwoitości ludzkiej (mam na myśli obdarowującego i obdarowanego) też sprawa nie jest krystalicznie czysta. Ja, chociaż chcę pomóc to co mogę zrobić? Uwolnić myszoskoczka? Adoptować go, chociaż nie ma mnie całymi dniami w domu? Zapomnieć o sprawie i machnąć ręką na to zbyt małe stworzonko, by w skali innych ludzkich problemów mogło coś znaczyć? No jakoś nie mogę. W dodatku im dłużej myślę nad tym co się wydarzyło to zauważam dookoła więcej objawów ludzkiej ignorancji także w innych sferach życia człowieka.

 

Na przykład takie istoty jak kot czy pies. Trzymamy je w domach i kochamy po swojemu. Z tej ogromnej miłości odkarmiamy je na przykład makowcem albo karpikiem. Niejeden pies czy kot po świętach ledwie rusza się z przejedzenia. Nam się wydaje, że okazujemy im miłość a w rzeczywistości krzywdzimy je narażając na choroby i cierpienie. Bioetyka ekologiczna powinna jednak być jakoś bardziej rozpowszechniana. Sam ma pewien problem, żeby precyzyjnie ponazywać moje związane z etyką zwierzaków emocje i rozterki.

 

W skrócie można ująć definicję mniej więcej w takich słowach - Etyka skoncentrowana na zwierzętach stara się unormować i określić właściwe relacje człowieka do zwierząt. Pamiętajmy o tym czasami. Także wtedy kiedy będziemy odpalać petardy na Nowy Rok strasząc i ogłuszając i tak już mocno przerażone psy, koty, i inne trzymane w domach i zagrodach stworzenia.

16:04, ekostudent
Link Komentarze (5) »
środa, 24 grudnia 2008
Świąteczna masakra meblościanką

 

Im bliżej Wigilii tym częściej mam prawie wyłącznie pogodne myśli i półpełne miłości spojrzenie na bliźniego :)

Nie przeszkadza mi to jednak w pełni i już tradycyjnie ponarzekać na niektórych niemądrych ludków.

 

Tak więc ciężkim prezentem w głowę powinien dostać ktoś kto wystawił dziś ciemną nocą obok śmietnika chyba całe zdezelowane umeblowanie swojego mieszkania. Meblościanka straszy już ze stu metrów bo pomalowana jest na czerwono. W sumie wpisuje się ona w kolorystykę świąteczną ale jednak jest znacznie brzydsza niż najbrzydziej udekorowane okno w moim bloku. Więc raczej ozdobą nie jest. Postoi sobie pewnie przez całe Święta umilając nam mieszkańcom osiedla i tak już dostatecznie „radosny” widok podwórka aż do Sylwestra. A znając zapał naszych służb sprzątających może i dłużej. Zresztą nie jestem pewien czy to cudo zmieści się do śmieciarki i czy w ogóle można tego typu meblowe odpadki upychać do śmietników...

 

Właściwie to co można z tym zrobić? Pewnie najbardziej w porządku byłby zapakować to i wywieźć na wysypisko albo skorzystać z usług firmy zajmującej się wywozem i utylizacją mebli. Ale cwany sąsiad, któremu zalega w mieszkaniu stary mebel wie, że łatwiej, szybciej i taniej jest machnąć w nocy tym co stare o chodnik obok śmietnika i zmykać do domu zanim go ktoś zobaczy, niż płacić komuś za zrobienie z tym porządku. Takie właśnie myślenie powoduje, że chodząc po osiedlu w ostatnich dniach, potykam się przy śmietnikach o sterty starych foteli, materacy, telewizorów i innych rupieci.

 

Inny rodzaj przedświątecznego utrapienia to pseudoczyściochy. A konkretnie ci, którzy także dziwnym zbiegiem okoliczności pod osłoną nocy, wytrzepują jak nawiedzeni różne dywany, dywaniątka, kocyki i inne takie przez okno. Nie szkodzi, że ja akurat piętro niżej wietrzę sobie pokój i cały kurz opada dokładnie na moje łóżko. Ważne, że dywanik jest czysty a roztocza i ich odchody dokładnie strzepane.

 

Są jeszcze mieszkańcy „esteci”. Na moim piętrze mieszkają tacy dwaj. Na drzwiach powiesili sobie grające mikołaje. Mikołaje grają i migają. Grają w kółko trzy te same kolędopodobne melodyjki. Ponieważ sąsiedzi cieszą się, że mają tak ślicznie przystrojone drzwi to co chwilę wychylają się i uruchamiają mikołaja. Po klatce dźwięk niesie się bezlitośnie i wciska przez szpary w drzwiach do mieszkań innych osób, które mają wrażliwsze uszy... Mając już pewne doświadczenie nabyte drogą obserwacji załatwię sprawę w nocy :) i żaden mikołaj grać już więcej nie będzie.

 

Może to dziwne ale kocham ten świąteczny nastrój i mimo trudnych do zniesienia nawyków niektórych ludzi, nie wpadam w przygnębienie. Moje przepełnione ekologicznym biciem serce mimo wszystko nie pozwala mi narzekać już więcej. Ponarzekam po Świętach :) a wszystkim, którzy zawitają na mojego bloga składam gorące życzenia Wesołych Świąt :)

08:01, ekostudent
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Zimno, cieplej, gorąco

 

Ostatnio wszyscy mówią o tym, że ziemski klimat się ociepla. Podobno w ciągu kilku najbliższych lat tempo globalnego ocieplenia na szczęście zwolni ale po 2014 roku znowu przyspieszy.

Jasne, że mechanizm pogody nie psuje się od dzisiaj. Już w XVI wieku zaczęły znikać lasy a w ich miejsce pojawiły się pola uprawne i miasta. Od ponad stu zielone tereny zalewane są betonem przyjmującym mniej lub bardziej makabryczne architektoniczne kształty.

 

Natchnęło mnie na takie poważne tony po tym jak kolega pokazał mi kwitnące drzewko owocowe na swojej działce. Pokazał mi je kilka dni temu. W grudniu. U kogoś innego do kwitnienia szykują się bzy. Koło Kowna zakwitły przylaszczki a sąsiad twierdzi, że w lasach można nadal znaleźć grzyby... No po prostu – anomalie jak malowanie! Aż strach mnie ogarnął na myśl, że może się to przydarzyć na szerszą skalę także innym roślinom. No bo jeśli wszystkie by zakwitły teraz to jak wyglądałaby wtedy nasza wiosna? Nijak.

 

Gdzieś wyczytałem też newsa, że za jakieś trzydzieści lat nie pojeździmy już sobie na nartach w Europie, bo zniknie stamtąd śnieg. Może trzeba będzie jeździć do Zambii. Wyglądając za okno mam wrażenie, że już tej zimy nie pojeździmy sobie za bardzo na nartach.

 

Nie od dziś zacierają się wyraźne granice pomiędzy porami roku ale nie chciałbym doczekać zrównania się wszystkich pór roku w jednokolorową czyli szaro burą lato-jesień z gwałtownymi ulewami, suszami i trąbami powietrznymi, które zaczynają powoli stawać się normą w naszej szerokości geograficznej...

 

I takim, nie bardzo optymistycznym akcentem witam pierwsze minuty kalendarzowej zimy...

00:04, ekostudent
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2008
Genetyczny podpis

 

Zima jak dotąd nie nadeszła. Zielono-szaro-brunatne trawniki straszą tym czym straszą przez cały rok czyli psimi kupami, przeróżnej maści śmieciami, petami i ogólnym zaniedbaniem. Do tego widoku dawno się przyzwyczaiłem i jakoś mogę z tym żyć mimo, że idą Święta i wkurza mnie ten nieładny obrazek coraz bardziej. W zasadzie – wszystko po staremu. Nuda.

 

Ale jak się okazuje - człowiek jak się uprze to i  w obserwacji stanu zaśmiecenia może znaleźć coś ciekawego. Nigdy nie zastanawiałem się, bo właściwie tego nie zauważałem, co to są za jasne plamki zgrupowane w większej ilości przed centrami handlowymi i na chodnikach bardziej uczęszczanych miejsc. No więc w końcu przyjrzałem się i odkryłem z pewnym obrzydzeniem to, co pewnie każdy w końcu odkryje – to są przylepione do chodników wyplute gumy do żucia. Setki przylepionych do chodników gum tworzy coś w rodzaju gumowego dywanu. Gdyby nie to, że w sumie jest to paskudne (wyżute i wyplute gumy do żucia... ble..) można by to nazwać genetycznym śladem naszej obecności. Takim podpisem – „Tu byłem” .

 

Nie ja pierwszy zauważyłem brzydotę gumowych plam na chodnikach. W Singapurze na przykład, od dawna, jednym z najbardziej spektakularnych zakazów jest zakaz sprzedaży gumy do żucia. Władze doszły do wniosku, że oczyszczanie chodników z gum do żucia jest zbyt kosztowne i całkiem zakazały ich sprzedaży. Nie można jej tam kupić a co za tym idzie – później wypluć. Genialne :)

 

U nas na razie pozostaje nam czekać na odkrycie gumy nowej generacji. Liczę na naukowców. Podobno już coś w tej sferze drgnęło – stare lateksowe gumy mają być zastąpione polimerowymi, które już tak chętnie nie czepiają się podłoża...  No cóż. Widocznie łatwiej jest wydać pieniądze na wynalazek udoskonalający „zwyczajowe zachowanie” gumy do żucia czepiającej się chodnika po wypluciu niż na pracę w oduczaniu ludzi brzydkiego zwyczaju plucia gumą gdzie podpadnie.

 

Ludzie przyzwyczaili się do tego, że guma to nie śmieć.

Zdaje się, że niejaki Epiktet z Hierapolis już dosyć dawno temu mądrze powiedział, że najlepszym lekarstwem na przyzwyczajenie jest inne przyzwyczajenie. Niezła rada.

A jej realizację pozostawiam twórczej inwencji współczesnych przeżuwaczy :) 

08:25, ekostudent
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Do czego służy grypa

 

Od kilku dni walczę z grypą. Już zaczynam odzyskiwać siły więc wrzucam na stronę parę moich przemyśleń i odkryć. Pierwsze odkrycie jest takie, że na walkę z grypą świetnie działa pokrojony w plasterki i wrzucony do herbaty imbir. Pięknie pachnie i smakuje całkiem fajnie :) Poza tym jak zwykle skuteczny jest sposób mojej babci – mleko z miodem i czosnkiem – naprawdę bardzo dobrze robią zakatarzonej duszy i choremu ciału.

 

A co do innych  przemyśleń to mam jedno podstawowe – po kilkudniowym wgapianiu się w sufit dochodzę do wniosku, że należy go odnowić. I ściany też. Tylko jak to zrobić w środku zimy, nie wyprowadzając się z mieszkania? No więc jest to do zrobienia. Trzeba tylko kupić farbę, która nie zawiera szkodliwych dla zdrowia składników – informacje są na opakowaniu – i do roboty. Przy okazji dzwonienia po sklepach dowiedziałem się, że można kupić pędzle z wiewiórek, kóz a nawet z łasicy... Nie służą one wprawdzie do malowania ścian ale to dla mnie, miłośnika zwierząt, lekki szok. Nie wiem jak się wytwarza te pędzle ale coś mam przeczucie, że nie goli się na przykład wiewiórek i nie wypuszcza ich wolno...

 

Więcej na ten temat wiedzą pewnie plastycy bo to oni są głównie użytkownikami takich okrutnych pędzelków. Ja jakoś z odrazą podchodzę do przedmiotów wykonanych z włosia zwierząt pozyskiwanego w sposób, no powiedzmy, definitywnie kończący ich żywot. W ten nieludzki nurt ludzkiej działalności wpisują się oczywiście na pierwszym miejscu polowania na zwierzaki w celu uszycia z nich później modnych futrzanych kurtek, czapek i innych makabrycznych ozdób.

 

Nie po to człowiek wymyślił koło i względnie ujarzmił ogień żeby nadal uganiać się z maczugą i polować na inne gatunki, które na niego od tysiącleciu już nie polują. Nie należę do osób, które oblewają panie w futrach farbą ale jakoś nie potrafię pogodzić naszego postępu cywilizacyjnego z jednoczesnym totalnym zacofaniem w kwestii przedmiotowego traktowania zwierzaków. W końcu są one, obok nas, równoprawnymi mieszkańcami Ziemi.

Gdyby w Wigilię mogły nam powiedzieć co o nas myślą, to na pewno byśmy się co najmniej zawstydzili.

14:15, ekostudent
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 grudnia 2008
Przedświąteczna ściema

 

Tak tak. Mój „super sceptycznie nastawiony do wszystkiego” znajomy ze studiów to przewidział.

Kiedy zaczynałem pisać mojego bloga powiedział, że jak będą zbliżać się Święta Bożego Narodzenia pewnie zapodam coś o bestialsko wyciętej choince i toksycznych bombkach made by ... [ocenzurowano]  ;)

Ponieważ kolega potajemnie czyta to co ja piszę, żeby go nie zawieść, wrzucam na życzenie blogowy wpis o ekologicznych Świętach Bożego Narodzenia 2008.

 

Pamiętam jak w ubiegłym roku moja chrześnica dostała ode mnie ślicznie zapakowaną zabawkę z serii „zrób to sam”. Pudło było większe od niej samej a rozpakowywanie zabawki zajęło jej dobrych kilkanaście minut. Po wyjęciu zawartości ze środka okazało się, ze mój do niedawna prezent gigant mieści się na kilkunastu centymetrach kwadratowych powierzchni stołu. To całe nadęte plastikowe opakowanie to był taki „pióropusz na głowie szamana” a prezent okazał się jedynie dodatkiem do tego, przenośnie rzecz ujmując, ”pióropusza” i przestał wzbudzać u chrześnicy zainteresowanie tuż po wyjęciu z tego gigapudła.... 

 

W tym roku znowu wyruszyłem na łowy najtrudniejszego z prezentów – super zaskakującego prezentu dla chrześnicy, którego będą zazdrościły jej koleżanki z zerówki. Cokolwiek widziałem i co jako tako nadawało się dla niej pod choinkę to opakowane było w ogromne plastikowe „protezy”. To pewnie jest taki reklamowy chwyt – kupujesz, wielkie coś za cenę małego, cieszysz się, że kupiłeś wielkie i tanie coś mimo, że w rezultacie masz to coś małe i drogie.... Typowa współczesna pułapka przedświątecznego konsumpcjonizmu.

W tym roku więc będę szukał dla chrześnicy czegoś co będzie odpowiednio małe w proporcji do opakowania i  tak samo ładne przed odpakowaniem jak i po :)

 

O ekologii można też pomyśleć wysyłając pocztówki z życzeniami. Najbardziej ekologicznie jest załatwić sprawę mailem... No ale może jednak bez paranoi – babcia może nie zrozumie tego, że wnuczek przesyła jej literki na ekranie zamiast pachnącej pocztowym stemplem świątecznej karty :) Tak tylko sobie myślę starając się zachować ekologiczną równowagę :)

 

W choince od razu wiadomo o co chodzi – ma pochodzić z legalnej plantacji i ma być w doniczce tak żeby po Świętach można ją było zasadzić w lesie albo w ogródku. Gdzieś tam czytałem, że jeszcze bardziej ekologicznie jest mieć sztuczną choinkę... No cóż. To ja już wolę zawiesić sobie pasożytniczą jemiołę z cynamonowymi pierniczkami, które i tak przyniesie siostra, niż plastikowego zielonego manekina, na którym smutno zawisną szkłopodobne, capiące poliuretanem ozdoby.

 

Na szczęście Święta Bożego Narodzenia są tylko raz  w roku. Moje rozterki niedługo rozpłyną się w kalendarzowym niebycie a za rok to jakoś sobie poradzę :)

06:29, ekostudent
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 grudnia 2008
Sterylny klops

 

Ala nie ma kota bo koty roznoszą zarazki. Nie ma też psa. Bo psy roznoszą zarazki. Nie ma kanarka bo kanarek roznosi zarazki. Nie ma żadnych zwierząt – bo one roznoszą zarazki. Ma za to kosmiczną alergię na prawie wszystko: roztocza, pyłki, mydła, płyny do mycia naczyń i proszki do prania, obuwie, monety i zamki błyskawiczne zawierające nikiel, zapałki i świeży druk bo zawierają chrom, lateks, barwniki do ubrań, poliester, antybiotyki, kit pszczeli i środki przeciwbakteryjne, cienie do powiek, lakiery do paznokci... więcej nie zapamiętałem.

 

Przyszła do mnie, usiadła i... zanim zdążyłem wprawić ją w zachwyt swoją erudycją poczuła w powietrzu psa (poczciwego Bańkę) i zbladła. Napiła się wody prosto z fabrycznie zamkniętej butelki, postała przy oknie i wyszła starając się nie oddychać za głęboko „na pewno skażonym bakteriami” powietrzem bo mój odkurzacz nie ma odpowiednich filtrów...

Moja ekologiczna, niedawno wskrzeszona dusza, boleśnie zawyła. Męska dusza także nie czuła się najlepiej. Postanowiłem zbadać ten niezwykły przypadek Ali – ofiary „alergii na wszystko”.

Po gruntownym przeczytaniu Internetu doszedłem do wniosku, że Ala jest ofiarą czystości i sterylnego życia.

 

Wydawać by się mogło, że do takiego właśnie życia zmierzamy – wolnego od brudu i zarazków. A tymczasem powinniśmy właśnie przed nim uciekać. Reklamy kuszą nas super proszkami i super czyścidłami do wszystkiego. Nie wspominają o ich składzie ale zapewniając o niemal stuprocentowej skuteczności i wciskają nam modę bycia perfekcyjnie wyczyszczonym z wszelkich zarazków. Ale człowiek przecież od zawsze żył w świecie bakterii, które nie przedawkowane były, są i będą dla niego dobrodziejstwem. Likwidując je zabijamy swoich sprzymierzeńców.

 

Cywilizacja, poza zanieczyszczeniami, serwuje nam propozycję chemicznego dyktatu czystości nad naturą. Ulegając temu narażamy się na różne choroby. No... może są też inne przyczyny chorób ale opisane przeze mnie również istnieją. Nie twierdze, że należy przestać myć ręce i podawać zupę w wiadrze na kompost ale wspominam o zachowaniu umiaru w byciu czystym. Czystym ale nie sterylnie wyczyszczonym przy pomocy chemikaliów zawartych w wielu czyścidłach, których skład daleki jest od ekologicznych norm i ekologicznej przyzwoitości.

W tym kontekście słowa Rousseau, że „Im słabsze ciało, tym silniej nami rządzi” wydają się brzmieć niezwykle współcześnie i bardzo diagnostycznie ;)

07:11, ekostudent
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 grudnia 2008
Renesans na straganie

 

Podczas kiedy supermarkety w większości miast multiplikują się i rozrastają osiągając rozmiary małych dzielnic, w moim mieście renesans przeżywa bazar. Do niedawna żyłem w przekonaniu, że na bazarach zakupy robią wyłącznie emeryci. Teraz jednak widzę, że na kupowanie pod chmurką zapanowała moda.

 

Ten mój bazar nie jest jednak typowy. Zakaz wstępu mają na niego pośrednicy. Sprzedawać mogą na nim wyłącznie rolnicy i mali producenci. O przestrzeganie tych zasad dba krzepki właściciel placu.

Kiedy więc chcę kupić sobie na przykład prawdziwe jajka albo napić się zakazanego mleka ze szklanej butelki to idę na bazarek. Nie lubię kiedy wielkie koncerny decydują o składzie mojej flory bakteryjnej proponując wszystkim identyczne smaki i składniki swoich produktów.

 

Pora roku jakby lekko powinna nie sprzyjać zakupom ale o dziwo takich jak ja – miłośników prawdziwej żywności jest dużo. Ludziska lubią warzywa i generalnie lubią dobre jedzenie wyprodukowane i wyhodowane naturalny sposób. Furorę robią przetwory pozamykane w słoiczkach: domowe miody, dżemy, kompoty i inne niesprawdzone jeszcze przeze mnie gospodarskie pomysły. Co niby w tym jest ekologicznego? Na przykład to, że jajka są wyłącznie od szwędających się bez ograniczeń i bez stresu po podwórkach kur, a mleko od zdrowo karmionych krów i kóz. Każdy ze sprzedawców stara się, żeby to co sprzedaje było świeże i smaczne a nie żeby tego było dużo, więcej i jeszcze więcej. Nie wiem czy prowadzą oni ekologiczne gospodarstwa ale myślę, że powrót na bazarki to krok w dobrym kierunku – krok w kierunku dosłownie dobrego smaku i zdrowia :)

 

Wyszło mi nieco agitacyjnie więc dla równowagi dorzucę, że przy bazarku zakwitł jeszcze handelek starzyzną. Ta osobliwa handlowa przylepka oblegana jest, dla mnie naprawdę niespodziewanie, przez dzieciaki w wieku mojej siostry (czyli w wieku licealnym).

Ostatnim krzykiem mody i wyraźnym sygnałem trzymania się najnowszych trendów było wystąpienie na połownikach (połowa nauki w liceum) w sukience, która nie udawała krojem lat sześćdziesiątych ale była z lat sześćdziesiątych. Aha – i torebki – no podobno super...  W sumie ten trend (nie wiem na ile powszechny w innych miastach) jest dosyć ekologicznie poprawny :) bo masowa produkcja nowych ubrań przyczynia się do zanieczyszczania środowiska a zamknięty obieg starych nie wyrządza żadnej szkody środowisku. To tyle ile mogę powiedzieć na temat ubrań czyli na temat, na którym znam się najmniej

 

Pewnie ten, ujmujący dla coraz większej liczby osób, bazarowy klimat nie jest zapowiedzią masowego odwrotu od kupowania w dużych sklepach ale jest równolegle rozwijającym się urozmaiceniem naszego konsumenckiego żywota, które będzie sobie toczyło się własnym spokojniejszym, przaśnym i swojskim tempem. Oby jak najdłużej :)

  
08:11, ekostudent
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3